środa, 29 lutego 2012

Slumdog

Korzystając z uroków noszenia burki wybrałam się pewnego wieczoru do słynnego meczetu Haji Ali.
Pomimo położenia na mojej ulicy, Pedder Road, dosłownie pięć minut spacerkiem, przez pół roku nie udało mi się go odwiedzić. Teraz jednak, niewidoczna, postanowiłam skorzystać z okazji.
Sam meczet powalającego wrażenia na mnie nie zrobił, za to, jak to zwykle w Indiach bywa, moją uwagę przykuło coś pozornie niezauważalnego.

Samotny, marnie ubrany mężczyzna stojący przy wyjściu.

W pewnym momencie wyciągnął w moją stronę rękę: "ammi, one cup of tea, please.." Zatrzymałam się i podeszłam do niego. Prafful, który był ze mną, przyniósł mu tą herbatę, a ja z Conorem, który też był z nami, zaczęliśmy rozmawiać.
Powiedział, że tak naprawdę pochodzi z Haryany. Jest bardzo chory i nie ma pieniędzy na leki, które musi kupować co tydzień za 300 rupii. Miał w oczach tak przejmujący smutek... do tego wszystkiego posługiwał się biegle angielskim, dość niespotykane wśród żebraków. Już, już wyciągałam portfel , gdy zostałam gwałtownie odciągnięta i za odruch serca niebywale skrzyczana: "oszalałaś? nie możesz mu dawać pieniędzy! to wszystko jest ustawione, ci ludzie są trenowani, , a kasa idzie do kogoś z góry... w ten sposób ich wspierasz." Na moje zdziwione spojrzenie padła tylko jedna odpowiedź:
"To są Indie" .
Przykro to mówić, ale okazuje się, że to, co ukazane zostało w filmie "Slumdog Millionaire" - przestępcze siatki wykorzystujące ludzi, często dzieci, by na tym zarobić - to wszystko prawda.
I paradoksalnie naiwni ludzie o dobrych sercach to ich najwięksi sprzymierzeńcy.

....Indie.


niedziela, 26 lutego 2012

Po pierwsze, dziękuję wszystkim którzy na mnie głosowali :) zajęłam 28 miejsce w top setce ( w sumie nominowano 238 blogów) .

*

No więc, po kolei... mam trochę zaległości.

Zaraz po powrocie z Kutchu Rotary zabrało mnie na jedną ze swoich akcji, Blood Donation Camp. Był czerwony autobus, stanowisko na którym wypełniało się ankietę itd. Moim zadaniem było zaczepianie przechodzących ludzi i proponowanie, by poświęcili pięć minut na ten szczytny cel.
Niestety, szło dosyć ... opornie.
Pomijając fakt, że wybrano dosyć słabą lokalizację - blisko peronu kolejki, więc wszyscy strasznie się spieszyli ; ludzie po prostu jakby... nie byli zainteresowani? Niektórzy otwarcie oświadczali , że boją się widoku krwi (jakie samolubne...) , niektórzy tylko potrząsali głową i odchodzili.
Dziwne. Bardzo.
Ja sama strasznie chciałam, ale niestety nie mam jeszcze skończonych osiemnastu lat . Pech.


*

A teraz pora na to, co zapowiedziałam w poprzedniej notce:

Jak poradziłam sobie z non stop gapiącymi się na mnie ludźmi, robiącymi mi zdjęcia dziwnymi facetami, gwiżdżącymi i uważającymi mnie za prostytutkę obleśnymi starymi facetami i innymi tego typu okazami?

Moja decyzja przez niektórych została uznana za dosyć dramatyczną, i w sumie było w tym sporo racji, Anita (pierwsza host mama) stwierdziła, że oszalałam, jednak większość osób była naprawdę przychylnie nastawiona i ze zrozumieniem podeszła do mojego wyboru.
Byłam już naprawdę bezsilna, a sytuacja osiągnęła punkt krytyczny kiedy pewnego wieczoru, na zatłoczonym peronie Bombaj Centrum, ktoś bezczelnie złapał mnie za tyłek.
Wtedy też stwierdziłam, że jednak to zrobię; że mam dosyć, i to jedyne wyjście.

Tak więc już od ponad miesiąca nie ruszam się z domu bez burki.

Czuję się swobodnie, czuję się wolna. Nie mam w sobie tylu negatywnych emocji, bo sama przestałam je wzbudzać. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, nie wzbudzam żadnych sensacji poruszając się nawet w największym tłoku.
A przede wszystkim: wreszcie przestałam widzieć ręce, a zaczęłam zauważać ludzi.


tyle na dziś :)





czwartek, 16 lutego 2012

Kutch

W dniach 12 - 16 stycznia wyjechaliśmy wszyscy w podróż na pustynne tereny Gujaratu - stanu leżącego tuż nad Maharashtrą, ojczyzny naszego ojca narodu Mahatmy Gandhiego ;).
Oficjalnym językiem jest tam bardzo dziwnie brzmiące gujarati (ciekawostka: wiele osób powiedziało mi, że "kocham cię" brzmi bardzo gudźaracko) , stolicą stanu jest Gandhinagar a największymi miastami - Ahmedabad i Surat.
Gudźarat to chyba jedyny stan w Indiach, w którym panuje oficjalny zakaz picia alkoholu.

Po męczącej (jak zwykle) i chyba pierwszy raz tak edukacyjnej (mam historię Meksyku w małym palcu i jestem naprawdę zafascynowana! co za cudowny kraj) podróży pociągiem i dosyć zaskakującym powitaniu na peronie czerwonymi różami wsadzono nas do autokaru w kierunku Rann Kutch - niewielkiej miejscowości, w której właśnie odbywał się tradycyjny festiwal regionalny. Po drodze zbombardowano nas wszelkiej maści informacjami na temat tego jakże pięknego miejsca, ale jako że indyjskie pociągi są niebywale wykańczające, nikt nie słuchał. Wybaczcie więc, nie podzielę się niczym ciekawym, miałam wtedy w głowie tylko mydło. Jedyne, co zapamiętałam, to to, że gdybyśmy jechali cały czas tą drogą, na której wtedy byliśmy, nie zatrzymując się, po dwóch godzinach dotarlibyśmy do Pakistanu. Fajne.

Po dłuższym czasie i krótkiej przerwie na herbatę dotarliśmy na miejsce. Na samym środku pustynnego stepu rozbite było obozowisko. Podzielono nas w pary i wszyscy pobiegliśmy zgodnie do białych namiotów spełniać swoje największe marzenie, a mianowicie wziąć ciepły prysznic.
Zostaliśmy zaskoczeni, bo wnętrza tych niepozornych domków wyglądały jak małe pałace - łóżka z baldachimami, śliczne łazienki i nastrojowe lampki.

Przed obiadem, pojechaliśmy oglądać zachód słońca na Białą Pustynię. Cała pokryta solą, wyglądała naprawdę pięknie.
Następnego dnia wszyscy wybrali się w piżamach oglądać z kolei wschód, oprócz mnie i Gaby, które jak zwykle nie mogłyśmy zwlec się z łóżek.
Swoją drogą, Gujarat to potwornie zimne miejsce, przynajmniej w styczniu. Pomimo , że połączyłyśmy nasze łoża, że miałam na sobie dwa swetry, grubą piżamę i ciepłe skarpety, i nawet pomimo faktu, że spaliśmy w trójkę (Andres z niewiadomych przyczyn w środku nocy wpakował nam się do łóżka) , umierałam z zimna.

W następnych dniach zwiedziliśmy pałace gudźaratu, których historiami nie będę was zanudzać, a także przejechaliśmy się na wielbłądzie! Zdecydowanie preferuję te słodkie stworzonka niż słonie.
To, co zasługuje na szczególną uwagę to przyroda. Stepy, pustynie, góry; syciłam tym oczy tak długo, jak mogłam. Moja radość znacznie wzrosła, kiedy ostatniego dnia, w drodze na pociąg, zatrzymaliśmy się w miejscu przypominającym połączenie parku narodowego i schroniska górskiego. Kiedy wspięliśmy się na sam czubek góry, w pobliżu tego "schroniska" zaczęliśmy sobie robić zdjęcia z flagami. W końcu jednak nam się to znudziło, a jako że mieliśmy jeszcze trochę czasu, poszłam z Sashą rozejrzeć się po okolicy.
I cóż.
Przyznaję, że od bardzo, bardzo dawna, nie widziałam niczego, co tak by mnie przeraziło.
I chyba nie ma na świecie rzeczy, którą trudniej byłoby mi zrozumieć.

Hindusi to niebywali, przerażający, obleśni śmieciarze.

Kompletnie nie szanują bogactwa swojej przyrody.

W całym swoim życiu nie widziałam tylu śmieci w jednym miejscu. Do tego w tak pięknym miejscu.

Nie czaję tego, zupełnie nie ogarniam, jak można być tak głupim? Jak można przyjeżdżać, by zobaczyć trochę nietkniętej przyrody, po czym tak strasznie ją niszczyć?

Już przyzwyczaiłam się do faktu, że w Indiach nie ma koszy na śmieci i wszystko wyrzuca się na ulicę, przez co te wyglądają jak wielkie śmietniska. Ale nie jestem w stanie zrozumieć takiej głupoty.

Tym smutnym akcentem skończę opowiadanie o Gudźaracie, to była rzecz, która wstrząsnęła mną najbardziej - przepiękna natura niszczona przez potwornie durnych ludzi.
Tylko w Indiach.

*

Zaraz po powrocie z Kutchu Andres nam się rozchorował (zapalenie wyrostka) a zaraz po nim Terkel (infekcja gardła). Oboje leżeli w szpitalach, zdjęcia z wizyt u Andresa na picassie ;) (Terkela niestety nie udało mi się odwiedzić).
Prawdopodobną przyczyną w obu przypadkach było jedzenie na ulicy. Ach te niemyte rączki.

Wiem, że ostatnio nie brzmię zbyt sympatycznie, ale cóż - po prostu tęsknię.
W końcu i taki moment musi nadejść ;)
Przepraszam wszystkich, którzy czekają na nowe posty, naprawdę się staram ale tak dużo się dzieje, że już kiedy mam chwilę to albo śpię, albo czytam, albo - ok , głupio się przyznać ale - siedzę na kwejku, bo po prostu nie mam siły myśleć. A jako że nie lubię pisać na odwal, z błędami i tak dalej, wolę posiedzieć nawet i kilka tygodni nad jednym wpisem, co niestety powoduje, że pojawiają się rzadziej.

W następnej notce o tym, jak poradziłam sobie raz na zawsze z natrętnymi Hindusami a także o wielkiej konferencji całego dystryktu, czyli jednym z najbardziej udanych dni mojej wymiany :)

Już niedługo!

wtorek, 31 stycznia 2012

KONKURS

Zostałam nominowana w bardzo fajnym konkursie na setkę najlepszych blogów o życiu zagranicą : 'Top 100 International Exchange and Experience Blogs ' .
Byłoby miło, gdybyście zagłosowali, jeśli lubicie mnie czytać:)


wtorek, 17 stycznia 2012

Christmas Time

Wypadałoby napisać coś o tych kilku grudniowych dniach, jako że były to najdziwniejsze święta w moim życiu.
Tak jak w każdym kraju, tak i święta w Indiach zaczynają się przed i trwają długo po Wigilii.
I na te kilka dni przed miałam zdecydowanie gorszy moment. Tęskniłam za rodziną w Polsce, za świąteczną atmosferą i śniegiem. Nie miałam ochoty nigdzie się ruszać, tylko siedzieć zakopana po uszy w kołdrze słuchając "We wish you a Merry Christmas" i podkopując sobie humor.
A podkopał się sam wystarczająco, kiedy 21 grudnia, w środę, przyszli znajomi Sany, mojej host siostry, i razem ubieraliśmy bożonarodzeniowe drzewko. W plastikowe bombki. Pomimo, że było całkiem zabawnie, wszystko to wydawało mi się tak sztuczne jak ta choinka. Nie wiem, czy powodem było to, że dla nich Boże Narodzenie to tylko i wyłącznie komercyjne święto czy po prostu palmy za oknem - nie było tego niepowtarzalnego klimatu, który tak naprawdę jest najważniejszy. Wcale.
Wieczorem poszliśmy na imprezę do klubu, wróciliśmy jednak dosyć wcześnie, jako że ludzi było zbyt dużo... tak właśnie, o to co robią Hindusi w tym okresie: imprezują, i zupełnie nikogo to nie dziwi. Hm.

Następnego dnia Gaby obchodziła swoje siedemnaste urodziny. :)
Jakiś czas temu z candies przerzuciliśmy się do jugheads, tak więc do tego właśnie pubu, zaopatrzeni w pyszny czekoladowy tort, udaliśmy się tuż po spotkaniu z rotary. Jako wspólny prezent daliśmy jej stworzoną przez nas książkę, w której każdy umieścił swój list do niej.
zdjęcia na picassie;)

W Wigilię, z samego rana, zadzwonił do mnie Andres czy nie zechciałabym do niego przyjechać. Jako że nie miałam nic innego do roboty wsiadłam w pociąg i pojechałam do Maladu. Siedzieliśmy, gadaliśmy i zjedliśmy lunch. Potem poszliśmy do Infinity Mallu, żeby naprawić telefon Andresa (zacinające się bbm to tragedia, jeśli jest się zakochanym w hinduskiej dziewczynie i chce się mieć z nią [bezustanny] kontakt) . Tam spotkaliśmy jego przyjaciela z Boliwii, który poszedł z nami do serwisu. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do pierwszej hostrodziny Andresa. Dostałam deser z marchewki i pierwszy świąteczny prezent: ręcznie wyszywaną torbę. Po powrocie rozmawiałam z rodziną na skypie, patrząc z monitora jak ubierają choinkę. Wieczorem pojechaliśmy do domu Conora w Borivali, na wigilijną międzynarodową kolację. Każdy miał coś przygotować, Conor właśnie kończył przyprawiać niekoniecznie amerykański makaron. Jako że jego rodzina jest ściśle wegetariańska (nie jedzą nawet jajek) , zrezygnowałam z prób wymyślenia co by tu przyrządzić , i zaczęłam nabijać pomarańcze goździkami. Jak się okazało, to wyłącznie europejski zwyczaj; który jednak Ameryce oraz Indiom bardzo się spodobał.:) Oprócz naszej trójki przyjechać miały jeszcze Sasha i Antonia. Czekaliśmy na nie bardzo długo, piekąc nabite na wykałaczki marshmallows. W końcu zadzwoniliśmy, i co się okazało? Jakimś cudem znalazły się w Dombivali, i właśnie jechały taksówką do Borivali...otóż, nie znając kompletnie przedmieść, wydawało im się, że obie dzielnice położone są blisko (i to 'vali , i to 'vali') , niestety , były w błędzie. Nim do nas dotarły minęło półtorej godziny, a uroczą kwotę 950 rupii uwieczniliśmy na kliszy fotograficznej:)
Sasha przyrządziła duński pudding (przepyszny, i jakże tuczący), a Antonia ryż z warzywami. Ja w tym czasie, wciąż nabijając pomarańcze, zadzwoniłam na skypie do mojej rodziny w Polsce, która właśnie miała wigilijną kolację. Pozostali wzięli ze mnie przykład i tak poznałam prawdziwe matki i ojców moich przyjaciół (pozdrowienia dla Edyty!:))
Zrobiło się jakoś bardzo rodzinnie, i , o dziwo.. świątecznie. Aby klimatu było zadość postanowiliśmy udać się na mszę... była to jedna z najdziwniejszych rzeczy, jakie w Indiach widziałam. Ogromny stadion, czy cokolwiek to było, mnóstwo, mnóstwo ludzi ludzi, siedzących na plastikowych krzesełkach lub po prostu stojących tłumnie przed wejściem, telebimy i zmontowany, prosty ołtarz na podwyższonej scenie. Wszyscy ubrani byli niebywale odświętnie, czasem wręcz tandetnie, w święcące, pobłyskujące brokatem stroje. Kobiety były ufryzurowane i starannie umalowane (nawet małe dziewczynki, tak, tutaj czterolatki z pełnym makijażem i na obcasach są na porządku dziennym) . Wszyscy, oprócz nas, co oczywiście przyciągało uwagę. W pewnym momencie w każdym rzędzie podano papierową torbę - trzeba było wziąć sobie z niej ciasteczko i podać dalej. Forma opłatka? nie mam pojęcia. Następnie ksiądz z ambony (??) poprosił, by ludzie "nie rzucali się" na jedzenie po mszy, i zapewnił, że "kawy wystarczy dla wszystkich" . Zareklamowano jeszcze najnowszą książkę o wdzięcznym tytule "The Bible Diary", pogadano chwilę o niczym, i.. koniec. Jak się okazało, przyszliśmy na samą końcówkę, podczas trwających ogłoszeń parafialnych. Zanim ludzie zaczęli wstawać i wychodzić, na telebimach pojawił się tekst radosnej świątecznej piosenki, którą wszyscy entuzjastycznie wyśpiewali. Żadnych smętnych kolęd. Ani jednej.
Wyszliśmy na zewnątrz, za bramę i pochodziliśmy trochę. W Borivali mieszka mnóstwo chrześcijan (nie wiedziałam, że aż tyle) ; i wszystkie domy i sklepy ozdobione były świątecznymi dekoracjami i lampkami choinkowymi; bardziej, niż gdziekolwiek indziej w Mumbaju. Wszędzie mnóstwo choinek, Jezusków i Mikołajów. Pomyślałam, że gdyby do tego radosnego krajobrazu dodać jeszcze trochę śniegu, byłoby idealnie.;)
Śnieg jednak się nie pojawił, a my wróciliśmy do domu i poszliśmy spać.

W Boże Narodzenie obudziłam się o siódmej rano, z trudem zwlekłam z materaca, na którym spałam razem z Andresem, umyłam się, ubrałam i powlokłam do kuchni, gdzie host mama Conora poczęstowała mnie kawą i kawałkiem świątecznego ciasta oraz wręczyła prezent.
Wciąż śpiąca nieśpiesznie opuściłam mieszkanie. Było jednak coś, co natychmiast mnie obudziło, gdy tylko stanęłam na ulicy, próbując złapać rikszę. Coś bardzo niepokojącego.
Cisza.
Puste drogi. Nieliczne samochody i riksze, pojedynczy ludzie przemykający ulicami w kierunku swoich biur i uczelni. To dosyć niesamowite doświadczenie; gdy jest się już przyzwyczajonym do nieustannego gorąca i tłoku, a tu nagle robi się jakoś tak... przyjemnie? To miasto można określić setkami przymiotników, jednak 'przyjemny' to ostatnie słowo, jakiego kiedykolwiek użyłabym w stosunku do tego dziwnego tworu jakim jest Bombaj.. A jednak.
Opatulona szczelnie wielką chustą, w za dużej bluzie, przysypiałam, jadąc pustym (sic!) pociągiem do domu. Kiedy już dotarłam, dostałam od host rodziców prezent. Podziękowałam i pognałam do łazienki, jako że miałam naprawdę niewiele czasu - o 10 mieliśmy świąteczne spotkanie z Rotexem w Bandrze. Poszliśmy do kościoła, a potem na lunch, podczas którego wszyscy dawali sobie prezenty (dostałam słodziutkiego misia od Andresa, którego nazwałam Szczebrzeszyn) . W międzyczasie zdolna Marianna zdążyła się oczywiście o coś potknąć, i rozwalić sobie nowo zakupione klapki. Po spotkaniu z Rotexem miałam zamiar powędrować w kierunku kosza na śmieci (swoją drogą, ciężko takowy znaleźć gdziekolwiek) i kupić nowe obuwie, jednakże zostałam przed tym czynem powstrzymana - bowiem, moi drodzy, w Indiach da się naprawić dosłownie WSZYSTKO! Tak więc przydrożny szewc, jakich w tym pięknym kraju pełno na każdym kroku, zaszył mój klapek , i zamiast 200 rupii zapłaciłam 5.
A wieczorem... ktoś chyba miał dość moich ciągłych narzekań i tekstów typu : "nie ma śniegu, nie ma świąt" i zabrał mnie do restauracji całej zrobionej z... lodu! Dostaliśmy płaszcze, rękawiczki, i obiad; pomimo tego strasznie zmarzłam, jako że nieprzygotowana na taką niespodziankę miałam na sobie tylko krótką letnią sukienkę. Po wyjściu zdecydowanie doceniłam indyjską, parną pogodę. ;) Potem pojechałam do domu Andy w Kandivali, gdzie razem z Gaby, Lethicią, Marią i Bonnie spędziłyśmy noc. Znowu dostałam prezent od host mamy Andrei.
Kolejny dzień spędziłam z Lethicią; zaprosiła kilkoro znajomych do siebie, i jej host rodzice zabrali nas do radżasthańskiej restauracji. (picassaaaa)
30 grudnia razem z Rotexem poszliśmy do sierocińca dla dzieci z AIDS. To było niesamowite doświadczenie, te dziewczynki były takie otwarte i przyjazne... bawiliśmy się z nimi, tańczyliśmy, one uczyły nas hindi i bharatnatyam.. na koniec cały czas mówiły do mnie "please didi, come again!" . To piękne a jednocześnie strasznie smutne; ile radości sprawił im zwykły fakt, że ktoś się nimi zainteresował.
Potem był Sylwester, którego nie ma co tu opisywać, i NOWY ROK ! który zaczął się najlepiej jak tylko mógł - w mojej duchowej ojczyźnie, w Indiach.

*
z innych nowości:

niedawno zaczęliśmy praktyki taneczne na wielką konferencję dystryktu, która odbędzie się pod koniec lutego. Teraz codziennie spotykamy się w siedzibie Rotary w Juhu (dzielnica znana , jako że większość gwiazd w niej mieszka) .
tu trochę naszych wysiłków (ten album będzie aktualizowany;)

+ zaczęłam ćwiczyć jogę! :D

ZDJĘCIA:


tu i tu takie codzienne zycie jak kogoś interesuje ;)

sobota, 7 stycznia 2012

RYLA & RED

Zaraz po powrocie z Południa zmieniłam rodzinę. Teraz mieszkam z Marwarczykami, co oznacza, że pochodzą z Radżastanu. Daleko nie odeszłam, bo tylko na drugą stronę ulicy;)

Dwa dni po zmianie pojechałam na organizowaną przez jeden z klubów Rotary w Bombaju RYLĘ (Rotary Youth Leadership Awards) . Odbyła się ona w Igatpuri, małym miasteczku, 3 godziny drogi z Bombaju.
Już pierwszego wieczoru, od razu po przyjeździe, podzielono nas na kilkanaście grup i każda z grup miała lidera. W tych zespołach mieliśmy pracować razem już do końca wyjazdu. Dostawaliśmy przeróżne zadania i gry do zaliczenia . Niektóre były bardzo proste, niektóre wręcz przeciwnie... jak na przykład przechodzenie na linie między budynkami, albo schodzenie pionowo po ich ścianach (to chyba była najbardziej przerażająca rzecz dla mnie; kiedy musiałam postawić nogę na krawędzi zaczęłam krzyczeć, że czuję się, jakbym popełniała samobójstwo) . Co jednak dużo ważniejsze: poznałam mnóstwo świetnych ludzi! Specjalnie dobrano nas tak, że praktycznie nikogo się w swojej grupie nie znało (wszyscy exchange students byli rozdzieleni) . Podobnie, jeśli chodzi o pokoje. Na początku trochę się wkurzaliśmy, ale potem i tak wszyscy stwierdzili, że to była najlepsza decyzja. :) Gorszą stroną takiego stanu rzeczy był przykry fakt, że stanowiłam ogólną atrakcję; co czasem było śmieszne, czasem irytujące, a w jednym przypadku wyjątkowo dziwne: chłopak, o którego istnieniu nie miałam pojęcia, podczas zadania, które polegało na przedstawieniu swojej przyszłości w formie 'mapy myśli',wyznał mi miłość, pisząc moje imię na tymże plakacie.
Z exchange students pojechałam ja, Gaby, Andy, Lethicia, Lais, Bonnie i Conor; plus czworo ludzi z innego programu "Jamboree" (nie chce mi się wyjaśniać na czym to polegało, w każdym razie byli w Bombaju tylko na 5 tygodni) : Manuel ze Szwajcarii, Stephanie z Francji, Ricky z Australii i Manca ze Słowenii, która była z nami też na south trip. Wiadomo, trzymaliśmy się razem, ale jednak nie zawsze była okazja, tak więc chcąc nie chcąc zawieraliśmy nowe znajomości.
Co jeszcze ciekawe, codziennie serwowano nam jedzenie z innego rejonu Indii - był gujarat, południe i północ. Zapadł mi w pamięć południowy deser, który smakował i wyglądał zupełnie jak pasta do zębów...
W dwa ostatnie wieczory zorganizowano nam DJ night, tańczyliśmy całą noc, i wbrew pozorom było fajnie.;) Raz odbył się również pokaz mody, każdy dostał jakiś moralizatorski temat (moja grupa miała nastoletnie ciąże...) i mieliśmy w jakiś sposób to przedstawić, z udziałem jednego chłopaka i jednej dziewczyny. Jako że żadna z dziewczyn nie była zbyt chętna , mieliśmy dwóch chłopaków i zajęliśmy drugie miejsce.:)
RYLA trwała tylko trzy dni, zdążyłam jednak strasznie się rozchorować. Codziennie musieliśmy wstawać o 5 rano i być punktualnie na apelu, potem przed dwie godziny jakieś zadania, i dopiero potem śniadanie.. oprócz tego w nocy było potwornie zimno (znowu popełniłam ten sam błąd i nie wzięłam ze sobą bluzy..) Wróciłam do Bombaju potwornie chora i zmęczona, ale jednak, z wielu powodów, było warto!

Kolejną fajną rzeczą, która zajęła mi mnóstwo czasu i przygotowań i przez którą byłam wiecznie zajęta był RED - Rotary Environmental Destination , festiwal w którym brały udział wszystkie kluby Rotaractu w Bombaju (czyli jak można się domyślić dosyć duże wydarzenie) . Tak więc bawiłam się w modelkę na pokazie mody, zawarłam kolejne nowe znajomości; a z jedną dziewczyną, Gauri, bardzo się zaprzyjaźniłam i od tamtego czasu często się spotykamy:) Od rana do nocy przygotowywaliśmy się, obmyślając kostiumy i morderczo ćwicząc układ choreograficzny.
Jednak tuż przed pokazem wynikła dosyć śmieszna sytuacja; otóż prezydent Rotaractu z mojego collegu, Kunal, zawołał mnie do siebie, dosłownie 15 minut przed wyjściem na scenę. Właśnie ktoś mu przekazał, że niestety exchange students nie mogą brać udziału w konkursach. Jeśli ktoś by się zorientował, zostalibyśmy zdyskwalifikowani... plan był więc taki, bym udawała, że nazywam się Samina Jhahangi i jestem pół-Hinduską, pół-Iranką (to miałoby tłumaczyć jasną skórę i włosy..) , takie też dane podano na karcie zgłoszeniowej do konkursu. Nikt się nie zorientował, a my zajęliśmy drugie miejsce, tacyśmy sprytni.

zdjęcia:

piątek, 30 grudnia 2011

hello south.

Dnia piątego listopada o godzinie 20 grupa osiemnastu exchange students z siedmiu krajów całego globu zebrała się na dworcu w Kurli by wyruszyć na pachnące herbatą i oceanem Południe.

Podróż trwała ponad 20 godzin. Niesamowite, że udało nam się to przeżyć... indyjskie pociągi są bowiem niebywale ciasne, brudne i głośne. Co jest jednak wielkim plusem; nie ma drzwi - o tym już kiedyś pisałam - tak więc umilaliśmy sobie czas siedząc całą noc na krawędzi pociągu i patrząc się bezmyślnie w ciemność. Po kilku godzinach mrok zaczął nabierać kształtów, po kolejnej godzinie niebo zmieniło kolor na jasno-różowy; by w końcu, ostatecznie oślepić nas blaskiem wyłaniającego się zza horyzontu słońca. Był to najpiękniejszy świt jaki w życiu widziałam. Znów poczułam, że kocham Indie jak dawniej; moje zmęczenie miastem błyskawicznie zniknęło. A jak później wynikło z rozmów, nie tylko ja tak czułam.. wszyscy potrzebowaliśmy odetchnięcia świeżym powietrzem; odpoczynku od hałasu Bombaju.
Naszymi innymi rozrywkami podczas jazdy, oprócz takich, których nie wypada tu wspominać; było oglądanie filmów. W sumie spędziliśmy w pociągach (z Bombaju do Kerali, z Kerali na Goa i z Goa do Bombaju) około 42 godzin, i całe szczęście Chris wziął ze sobą laptopa. Tak więc obejrzeliśmy: Incepcję, Shutter Island, Efekt Motyla i jeszcze dwa bardzo głupie filmy, których tytułów nie pamiętam. Siedzieliśmy tak całe noce (spanie w indyjskim pociągu to naprawdę desperacki krok), obłożeni kocami, kołdrami i poduszkami. Dzięki temu dało się jakoś znieść nawet przebiegające po nas wielkie karaluchopodobne robaki.


6 listopada o 4 nad ranem obudziły mnie nabożne śpiewy starszych Hindusek siedzących na przeciwko mojego łóżka. Przybyliśmy do miasta Kochi w stanie Kerala.
Tak zaczęły się niesamowite dwa tygodnie; jedna z najlepszych wypraw w moim życiu..Ta wycieczka niesamowicie nas wszystkich do siebie zbliżyła. Na wymianie inni exchange students są jak rodzina. Nie zawsze było dobrze, różne dziwne i przykre historie rozegrały się między nami, ale wbrew pozorom mam wrażenie, że to wszystko tylko nas wzmocniło. Przeżyliśmy razem tyle, że teraz nie wyobrażam sobie ich nieobecności w moim życiu.
Tak więc, w wolnych od zwiedzania chwilach, imprezowaliśmy ( większość hoteli miała baseny, więc możecie sobie wyobrazić, co się działo nocami, a jeśli nie możecie, to może i lepiej. ;)) albo graliśmy w "cat says" , zabawę, której nauczyła nas Lais.. Jej zasady są bardzo proste: jest zgaszone światło, wszyscy gdzieś się chowają, a jedna osoba chodzi po pokoju, i kiedy kogoś dotknie, mówi : "cat says...." i złapany musi odpowiedzieć "miauu" . Po tym szukający zgaduje, kto to jest. Jeśli zgadnie, złapany staje się szukającym, a jeśli nie... szukający musi zdjąć jedną warstwę ubrania (to ostatnie dodane przez nas;) . Tak więc gdyby ktoś wszedł do pokoju po około dwóch godzinach tejże jakże niewinnej zabawy, ujrzałby wrzeszczących, histerycznie biegających w ciemnościach półnagich ludzi.
To co, również zrobiliśmy, nieco z nudów, jednak można to uznać za sukces to : obcięcie włosów Andresa. Przez całą wycieczkę wszyscy męczyli go, by wreszcie obciął włosy, i w końcu się zgodził. Maria przedsięwzięła się tego czynu; i tak o to, pewnego wieczoru w Tamilnadu, kiedy wszyscy oglądali Disney Channel w jednym z pokoi, wkroczył Andres: inny człowiek! Zaraz potem próbowaliśmy spalić te włosy, co okazało się bardzo trudnym zadaniem (zdjęcia i filmik na picassie) . A właśnie, Disney Channel... nasza wspólna obsesja. Obejrzeliśmy Królewnę Śnieżkę, Kopciuszka (1,2) oraz Piotrusia Pana. Kiedy w jednym z hoteli z rozpaczą stwierdziliśmy, że telewizor nie posiada naszego ulubionego kanału, Sasha i ja zadzwoniłyśmy do recepcji z płaczem, i następnego dnia Disney Channel był.
Naszymi innymi, bardziej inteligentnymi rozrywkami, było prowadzenie dłuuuugich, głębokich rozmów na ważne tematy. Świetna sprawa, móc porozmawiać o wojnie, terroryzmie, migracjach, wszystkim tym, co teraz dotyczy każdego z nas z ludźmi o różnych punktach widzenia; pochodzących z różnych kultur. Przykładowo, Chris. Jest Niemcem, i czuje, że ciąży na nim brzemię przodków (jezu, jak to brzmi..) . Obecnie jest w trakcie lektury zakupionego w niezastąpionej Colabie "Mein Kampf" (w Niemczech jest to zabroniona pozycja) . Czytaliśmy razem, rozmawiając dużo, dużo, dużo, i muszę przyznać, że moja niechęć do Niemców, resztkowa co prawda, ale jednak, całkowicie zniknęła. (język nadal mi się nie podoba :P )
Albo rozmowa na temat terroryzmu i postrzegania islamu po 11 września 2001 roku z Bonnie, Conorem i Terkelem.. naprawdę, rzadko nadarza się okazja, by zrozumieć cały świat.
Zacznijmy jednak od początku.
Pierwsze, co należy powiedzieć, to że Południe jest zupełnie inne. W sumie każda część Indii to inny świat... Stany południowe sprawiły jednak wrażenie całkowicie odciętych od reszty kraju. Po pierwsze ludzie tam nie znają hindi (to znaczy, podobno znają ale udają, że nie). Tak więc przez dwa tygodnie nie mieliśmy ŻADNEJ okazji do praktyki. Faktem jest jednak, że ludzie na Południu mówią pięćset razy lepiej po angielsku niż gdziekolwiek indziej w Indiach. Pamiętam, jak byłyśmy zaskoczone, gdy pewnego razu rikszarz w Tamilnadu zaczął rozmowę ze mną, Gaby i Lais. To się nie zdarza w Bombaju, gdzie na początku wymiany mieliśmy ogromne problemy z poruszaniem się pociągiem, autobusem czy rikszą - nasz brak znajomości hindi i angielskiego kierowców skutkował zazwyczaj żałosnymi próbami porozumienia się na migi...lub wcale. I nigdy też nie przydarzyło mi się na Północy, gdzie z kolei hindi jest czystsze i ładniejsze niż w Bombaju.
Druga sprawa - południowy ideał mężczyzny. Niesamowite, jak różny od tego bombajskiego i zachodniego. Całe Indie opanowane są co prawda przez przemysł filmowy z Bombaju, czyli Bollywood, ale Południe również ma się czym pochwalić - filmami w telugu, malayalam i po tamilsku, czyli Tollywood, Kollywood (od Kodambakkam, głównego ośrodka przemysłu filmowego z Tamil Nadu) oraz Mollywood. Różnic jest wiele, jedną z tych ciekawszych jest zdecydowanie bardziej dosłowna erotyka Południa. Tutaj, dla przykładu, jedna z moich zdecydowanie ulubionych piosenek (Tollywood) :
http://www.youtube.com/watch?v=tgX8_Ct3FWI .
Powracając jednak do południowych przystojniaków, nawet w małych miasteczkach można natknąć się na każdym rogu na plakaty z takimi oto zachwycającymi buźkami:https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgUhZTGmHvgvbPMP6IyD_2hNsLgKJo8ixtWLLcY8ofLxJEO0a8yMs9KDs3bFdbAenUscapPrCzgO8lS7rKwpPa3njOY_tL1SeIgPnswWXSGfOAFgnlReAIETe15SE5hl8rUGzVZ-ez6u4-L/s1600/Chiranjeevi4.jpg
Czy to nie ciekawe, jak różnie ludzie potrafią postrzegać piękno?..
Po trzecie; to, o czym już wspomniałam, czyli PRZYRODA ! Nareszcie poczułam, że żyję.
Jeziora Kerali, wodospady Tamilnadu i pola herbaciane w Munnar - to wszystko sprawiło, że przyjeżdżając z wielkiego, hałaśliwego miasta, w którym spędziłam cztery miesiące, czułam się, jakbym trafiła do raju.
Po czwarte - religia. Południe Indii można uznać za jedyny sukces europejskich kolonizatorów. Hinduizm w tym rejonie jest niemalże niezauważalny; wszędzie można natknąć się na kościoły, kapliczki i krzyże. Oprócz wszechobecnego chrześcijaństwa, w Kerali miejsce znalazł sobie również judaizm. Żydzi stanowią pół procenta populacji indyjskiej, i ich największa część mieszka na południu.
Co idzie za kolonizacjami? Oczywiście język. Lethicia, Lais i Maria nie mogły się doczekać, kiedy wreszcie będą mogły porozmawiać po portugalsku na Goa. Niestety, nic takiego się nie wydarzyło. Pomimo wielu prób nie udało nam się znaleźć nikogo, znającego choćby słowo.

Kolejną różnicą jest nastawienie do turystów ludzi z południa. Podobno ta cecha dotyczy wszystkich Hindusów, ale w tamtych rejonach wydawała mi się bardziej odczuwalna... czyli myślenie , które między słowami "biały" i "bogaty" stawia ZAWSZE znak równości. Jest to strasznie wkurzająca sprawa, irytująca tym bardziej, że niewiele można na to poradzić. Chociaż i tak szczyt stanowił pewien młody chłopak, który w rodzimej przecież, bombajskiej Colabie, próbował sprzedać mi plastikowy wachlarz za 100 dolarów.

Powróćmy jednak do Kochinu, miasta w Kerali, do którego przyjechaliśmy. Prosto ze stacji autokar zabrał nas do hotelu. Tenże pojazd miał nam towarzyszyć przez następne dwa tygodnie bez przerwy (oprócz Goa), spaliśmy w nim, gadaliśmy, raz nawet, w Kanyakumari, urządziliśmy sobie wewnątrz niego imprezę (w której uczestniczyli również kierowcy).

Największym miastem Kerali jest Kochi, a stolicą stanu - Thiruvanthapuram. Językiem urzędowym jest malajalam, a tradycyjnym tańcem - kathakali, co ciekawe, wykonywany wyłącznie przez mężczyzn: http://shruti914.files.wordpress.com/2010/08/kathakali-mosaic-by-rahul-sadagopan1.jpg
Tyle z podstawowych informacji.
Ciekawostka przyrodnicza: w Kerali są delfiny. Dokładnie w wodach nadbrzeżnych miasta Kovalam. Wybraliśmy się tam pewnego razu, łodzią, cali podekscytowani, niestety, podczas trzygodzinnego rejsu nie udało nam się nic zaobserwować. Tak więc po jakimś czasie, znudzeni bezsensownym wbijaniem wzroku w wodę musieliśmy znaleźć sobie inną rozrywkę. Oczywiście pierwszą chętną do rozrywek osobą był Conor, który postanowił poprosić sternika, by pozwolił mu poprowadzić łódkę. Zgodził się, i tak w jego ślady poszli wszyscy, łamiąc tym samym rotariańskie przykazanie: 'don't drive' ;) .
Złamaliśmy je ponownie podczas dwóch dni spędzonych na jeziorach Kerali. No właśnie, przez dwa dni mieszkaliśmy na łódce ( a raczej dwóch) . To było niesamowite! Pierwsze kilka godzin spędziliśmy leżąc na tarasach i opalając się, potem oznajmiono, że wszyscy mamy przemieścić się na jedną łódkę, bo odpływamy. Niestety, Olivier, Antonia i Chris chyba nie usłyszeli komunikatu, i zostali sami na jednej łódce... nie będę komentować ich stanu , kiedy wrócili do nas wieczorem.
Płynęliśmy przez jeziora cały dzień. Machaliśmy do wioślarzy, obserwując codzienne życie toczące się na obu brzegach ciasnych przełęczy i zapierające dech w piersiach bogactwo indyjskiej przyrody. Wieczorem, kiedy oglądaliśmy jakiś głupi amerykański film w telewizji, zrobił się bardzo domowy klimacik, tak domowy, że zapomniałam, że jesteśmy na jeziorze i prawie poniosłam śmierć, wpadając do wody w przejściu między łódkami. Ostatecznie jednak nic się nie stało, a wieczorem oczywiście dzika impreza. Obowiązkowo.

Grzechem jest nie wspomnieć w temacie Kerali herbaty. Odwiedziliśmy jej wytwórnię w Madupatty, która to jest jedną z największych w Indiach. Te wszystkie maszyny, cała masa maszyn...Szczerze mówiąc nie miałam pojęcia, ile to trwa - od zebrania listków do ich zmielenia. Na koniec dokonałam obowiązkowego zakupu herbaty zielonej.
Keralska przyroda to jednak nie tylko jeziora i herbata. Mieliśmy okazję odwiedzić Eravikulam National Park, podobno najczystsze miejsce w Indiach. Wreszcie! Góry i ... zwierzęta. Eravikulam to jedno z nielicznych na Ziemi schronień dla zagrożonego gatunku kozy górskiej - Nilgiri. Roiło się tam od nich; były dosłownie na każdym kroku.
Poza tym stan ten słynie z ... oleju do włosów. Tak. Jak pewnie wszyscy wiedzą, a jeśli nie, to teraz mówię, hinduskim zwyczajem, by włosy były zdrowsze i piękniejsze, wciera się w nie olej. Zazwyczaj kokosowy, bo ładnie pachnie, ale może być jakikolwiek. (Rzeczywiście działa, polecam.) Tak więc w Kerali można dostać najlepszy.

Z Kerali udaliśmy się do Tamilnadu, gdzie było potwornie zimno. Co prawda na spotkaniu orientacyjnym przed wycieczką uprzedzili nas, że mogą być 'niższe temperatury' ale wtedy na tę wieść tylko zaśmiałam się pod nosem. W końcu Hindusi trzęsą się z zimna przy 20 stopniach, a przy 15 maszerują do sklepu w celu zakupu kożucha i rękawiczek (to nie jest żart, widziałam na własne oczy) . Kiedy jednak leżałam w moim hotelowym łóżku, szczękając zębami, byłam potwornie wściekła na samą siebie, że nie zaopatrzyłam się w ani jedną bluzę.
Z drugiej strony, kto by się spodziewał po indyjskim południu ..?
Kilka podstawowych informacji: stolicą Tamilnadu jest Madras (obecnie Chennai). Głównym językiem jest tamilski. Tańcem, który pochodzi z tego stanu jest BHARATNATYAM, czyli klasyczna świątynna sztuka, której obecnie się uczę.;)
Główną turystyczną 'atrakcją' jest oczywiście słynna Świątynia Minakshi (inaczej Parvati) znajdująca się w Madurai. Wielka, kolorowa, pełna korytarzy, świateł i malowideł na ścianach, sufitach i podłogach. Wszystko to tworzyło taką mistyczną, prawdziwie świątynną atmosferę, którą uwielbiam, niezmąconą nawet tłumami przewijających się wszędzie turystów.
Innym ważnym ośrodkiem jest Kanyakumari, w którym spędziliśmy kilka nocy. To portowe miasteczko słynie z ogromnego, stojącego na wodzie posągu jakiegoś hinduskiego świętego, do którego to płynie się łódką.
W ogóle, dużo się przemieszczaliśmy łódkami, jak pewnie zauważyliście. Raz nawet postanowiono zabrać nas na poranny (o 5 ) rejs, podczas którego będziemy mogli obserwować życie dzikich zwierząt w lasach Tamilnadu. Niestety, tej nocy nie zmrużyliśmy oka ani na sekundę,tak więc wycieczka wybitnie się nie udała: http://a5.sphotos.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-snc7/313035_2370626743968_1199485264_32165495_773895956_n.jpg
+ i tak żadnych zwierząt nie było.
Trzy rzeczy, które najlepiej wspominam z Tamilnadu to :
... ocean. Nareszcie piękna plaża, czysta woda i wielkie fale. Surfowaliśmy na deskach non stop (nie powiem, że jestem w tym najlepsza, ale przynajmniej było śmiesznie) . W ogóle nie wychodziłam z wody. A wieczorem , widok zachodzącego nad Oceanem Indyjskim słońca, był niezapomniany. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tam jestem. To wszystko, co kiedyś było tylko jakimiś nierealnymi marzeniami, teraz jest namacalną rzeczywistością.
Drugą rzeczą jest przejażdżka na słoniu! Co prawda krótka, ale jednak. :)
To także w Tamilnadu poszłam wraz z Bonnie, Lais i Lethicią na ajurwedyjski masaż. Zachęcone reklamą (Bonnie powiedziała, że nawet prezydent Indii zaszczyciła to miejsce swoją obecnością) udałyśmy się tam taksówką. Cóż... miejsce było wyjątkowo brzydkie i ponure: odrapane ściany, tu i ówdzie biegające mrówki.. spojrzałyśmy wymownie na Bonnie, ale nie zrezygnowałyśmy. I bardzo dobrze, bo to był najlepszy masaż w moim życiu. Na koniec wchodziło się do gorącej, parującej olejkami tuby (tylko głowa wystawała na zewnątrz). Czułam się potem niesamowicie, tak ... miękko.

Ostatnie 3 dni spędziliśmy na GOA. Indyjska stolica imprez.;)
Największym i najsłynniejszym miastem Goa jest VASCO DA GAMA (tak, jak ten odkrywca) , stolicą (przyznaję, że to musiałam sprawdzić na wikipedii, jako że nigdy o tym mieście nie słyszałam...) jest Panaji . Język urzędowy to konkani.
W dzień zwiedzaliśmy kościoły. W nocy imprezy na plaży (nasz hotel był tuż przy morzu). Właściwie każdą wolną chwilę spędzaliśmy pływając i wdrapując się na palmy (aż ostatecznie jedna, łamiąc się, prawie wszystkich zabiła -> dokumentacja na picassie) . Ostatniej nocy kilkoro z nas postanowiło pojechać do klubu. Zamówiliśmy taksówki i wyruszyliśmy.. jechaliśmy jakieś 40 minut. Przez las. Było całkiem pusto. Trochę się baliśmy, szczególnie, że dziwnym zrządzeniem losu wszystkim padły baterie na telefonie albo skończyła się kasa. Las, las, las, jakieś pola.. i nagle, w samym środku tego pustkowia, na wielkim wzgórzu ujrzeliśmy ogromny, świecący światłami na wszystkie strony budynek. Był to trzypiętrowy klub, z open barem, kilkoma salami tanecznymi i basenem... wróciliśmy o 5 nad ranem. ;)

Zauważyliście pewnie, że nie ma zdjęć. To dlatego, że blogspot oświadczył mi ostatnio, że przesadziłam, i albo wykupię więcej miejsca, albo nie mogę wstawiać zdjęć. Jedyne co mi zostaje w tej sytuacji to dawać linki na picassę: (tym samym niektórzy zobaczą trochę więcej niż powinni, ale trudno)