czwartek, 16 lutego 2012

Kutch

W dniach 12 - 16 stycznia wyjechaliśmy wszyscy w podróż na pustynne tereny Gujaratu - stanu leżącego tuż nad Maharashtrą, ojczyzny naszego ojca narodu Mahatmy Gandhiego ;).
Oficjalnym językiem jest tam bardzo dziwnie brzmiące gujarati (ciekawostka: wiele osób powiedziało mi, że "kocham cię" brzmi bardzo gudźaracko) , stolicą stanu jest Gandhinagar a największymi miastami - Ahmedabad i Surat.
Gudźarat to chyba jedyny stan w Indiach, w którym panuje oficjalny zakaz picia alkoholu.

Po męczącej (jak zwykle) i chyba pierwszy raz tak edukacyjnej (mam historię Meksyku w małym palcu i jestem naprawdę zafascynowana! co za cudowny kraj) podróży pociągiem i dosyć zaskakującym powitaniu na peronie czerwonymi różami wsadzono nas do autokaru w kierunku Rann Kutch - niewielkiej miejscowości, w której właśnie odbywał się tradycyjny festiwal regionalny. Po drodze zbombardowano nas wszelkiej maści informacjami na temat tego jakże pięknego miejsca, ale jako że indyjskie pociągi są niebywale wykańczające, nikt nie słuchał. Wybaczcie więc, nie podzielę się niczym ciekawym, miałam wtedy w głowie tylko mydło. Jedyne, co zapamiętałam, to to, że gdybyśmy jechali cały czas tą drogą, na której wtedy byliśmy, nie zatrzymując się, po dwóch godzinach dotarlibyśmy do Pakistanu. Fajne.

Po dłuższym czasie i krótkiej przerwie na herbatę dotarliśmy na miejsce. Na samym środku pustynnego stepu rozbite było obozowisko. Podzielono nas w pary i wszyscy pobiegliśmy zgodnie do białych namiotów spełniać swoje największe marzenie, a mianowicie wziąć ciepły prysznic.
Zostaliśmy zaskoczeni, bo wnętrza tych niepozornych domków wyglądały jak małe pałace - łóżka z baldachimami, śliczne łazienki i nastrojowe lampki.

Przed obiadem, pojechaliśmy oglądać zachód słońca na Białą Pustynię. Cała pokryta solą, wyglądała naprawdę pięknie.
Następnego dnia wszyscy wybrali się w piżamach oglądać z kolei wschód, oprócz mnie i Gaby, które jak zwykle nie mogłyśmy zwlec się z łóżek.
Swoją drogą, Gujarat to potwornie zimne miejsce, przynajmniej w styczniu. Pomimo , że połączyłyśmy nasze łoża, że miałam na sobie dwa swetry, grubą piżamę i ciepłe skarpety, i nawet pomimo faktu, że spaliśmy w trójkę (Andres z niewiadomych przyczyn w środku nocy wpakował nam się do łóżka) , umierałam z zimna.

W następnych dniach zwiedziliśmy pałace gudźaratu, których historiami nie będę was zanudzać, a także przejechaliśmy się na wielbłądzie! Zdecydowanie preferuję te słodkie stworzonka niż słonie.
To, co zasługuje na szczególną uwagę to przyroda. Stepy, pustynie, góry; syciłam tym oczy tak długo, jak mogłam. Moja radość znacznie wzrosła, kiedy ostatniego dnia, w drodze na pociąg, zatrzymaliśmy się w miejscu przypominającym połączenie parku narodowego i schroniska górskiego. Kiedy wspięliśmy się na sam czubek góry, w pobliżu tego "schroniska" zaczęliśmy sobie robić zdjęcia z flagami. W końcu jednak nam się to znudziło, a jako że mieliśmy jeszcze trochę czasu, poszłam z Sashą rozejrzeć się po okolicy.
I cóż.
Przyznaję, że od bardzo, bardzo dawna, nie widziałam niczego, co tak by mnie przeraziło.
I chyba nie ma na świecie rzeczy, którą trudniej byłoby mi zrozumieć.

Hindusi to niebywali, przerażający, obleśni śmieciarze.

Kompletnie nie szanują bogactwa swojej przyrody.

W całym swoim życiu nie widziałam tylu śmieci w jednym miejscu. Do tego w tak pięknym miejscu.

Nie czaję tego, zupełnie nie ogarniam, jak można być tak głupim? Jak można przyjeżdżać, by zobaczyć trochę nietkniętej przyrody, po czym tak strasznie ją niszczyć?

Już przyzwyczaiłam się do faktu, że w Indiach nie ma koszy na śmieci i wszystko wyrzuca się na ulicę, przez co te wyglądają jak wielkie śmietniska. Ale nie jestem w stanie zrozumieć takiej głupoty.

Tym smutnym akcentem skończę opowiadanie o Gudźaracie, to była rzecz, która wstrząsnęła mną najbardziej - przepiękna natura niszczona przez potwornie durnych ludzi.
Tylko w Indiach.

*

Zaraz po powrocie z Kutchu Andres nam się rozchorował (zapalenie wyrostka) a zaraz po nim Terkel (infekcja gardła). Oboje leżeli w szpitalach, zdjęcia z wizyt u Andresa na picassie ;) (Terkela niestety nie udało mi się odwiedzić).
Prawdopodobną przyczyną w obu przypadkach było jedzenie na ulicy. Ach te niemyte rączki.

Wiem, że ostatnio nie brzmię zbyt sympatycznie, ale cóż - po prostu tęsknię.
W końcu i taki moment musi nadejść ;)
Przepraszam wszystkich, którzy czekają na nowe posty, naprawdę się staram ale tak dużo się dzieje, że już kiedy mam chwilę to albo śpię, albo czytam, albo - ok , głupio się przyznać ale - siedzę na kwejku, bo po prostu nie mam siły myśleć. A jako że nie lubię pisać na odwal, z błędami i tak dalej, wolę posiedzieć nawet i kilka tygodni nad jednym wpisem, co niestety powoduje, że pojawiają się rzadziej.

W następnej notce o tym, jak poradziłam sobie raz na zawsze z natrętnymi Hindusami a także o wielkiej konferencji całego dystryktu, czyli jednym z najbardziej udanych dni mojej wymiany :)

Już niedługo!

1 komentarz:

  1. czekam na następną notkę! Hania:*

    OdpowiedzUsuń